Relacja - Gakkon 2019

Powrót do relacji
image

9 i 10 lutego w XXXII LO w Łodzi odbył się konwent Gakkon. Była to piąta odsłona tej imprezy, a tym razem organizatorzy postawili na tematykę zimową. Zapraszam do niniejszej relacji, w której postaram się przybliżyć, jak wyglądało całe wydarzenie.

Na wstępie warto powiedzieć, że Gakkon dobrze rozwiązał kwestię noclegu dla osób z daleka - wystarczyło zadeklarować chęć wcześniejszej akredytacji i jeśli organizator pozytywnie rozpatrzył naszą prośbę, drzwi szkoły zostały otwarte już w piątek wieczorem. Uczestników z Łodzi i okolic wpuszczano w sobotę, czyli w oficjalny dzień rozpoczęcia konwentu. Niezależnie od dnia akredytacji, wymagane było uiszczenie dodatkowych 5zł za możliwość nocowania na imprezie. Sala gimnastyczna okazała się za mała i następnego dnia można już było zauważyć uczestników rozłożonych po całej szkole - mimo to, nie miałam wrażenia, że korytarze stały się przez to mniej drożne. Jeśli zaś chodzi o kolejkon to z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że widziałam większe - osoby odpowiedzialne za akredytację rozprawiły się z kolejką dość szybko i nie było większych przestojów. Każdy uczestnik dostał bransoletkę i identyfikator na wstążce (plus dodatkowe smycze dla vipów). Informator został przygotowany w formie książeczki A5, a dodatkowo udostępniono plan w formie aplikacji mobilnej.

Budynek szkoły był dość duży i przestronny. Sporym plusem było to, że mimo tak ogromnej przestrzeni było ciepło i raczej nikt nie marzł. Z drugiej strony, w niektórych miejscach panowała straszna duchota, która w połączeniu ze ściskiem stwarzała warunki sprzyjające omdleniom. Nie pomagał fakt, że w pewnych zakamarkach szkoły nie dało się otworzyć okien. Niemniej, nie doszły do mnie żadne informacje o omdleniach, zatem można powiedzieć, że tragedii nie było. Warto również wspomnieć, że szkoła na czas ferii odłączyła zasilanie w większości gniazdek i był dość duży problem ze znalezieniem odpowiedniego, by podładować telefon. Wiele osób ratowało się ładując telefony na prelekcjach bądź przy stoiskach. Sale prelekcyjne nie miały problemu z zasilaniem, ale w części miejsc brak prądu spowodował małe zamieszanie (np. w strefie gastro). Jeśli chodzi o względy sanitarne, nie było na co narzekać - helperzy regularnie chodzili i sprawdzali, czy jest czysto, jak również sprawdzano stan mydła i papieru toaletowego w łazienkach.

Spory zawód przyniosły nam prysznice. W piątek dostępny był tylko jeden, dodatkowo w łazience męskiej, co stało się problemem dla uczestników przyjezdnych z daleka. Więcej pryszniców znajdowało się w innej części szkoły, która była zamknięta ze względu na turniej ping-ponga. Otwarto ją dopiero w sobotę po południu, ale na całe szczęście helperzy dobrze oznaczyli nowe prysznice i uczestnicy nie mieli problemu, by do nich trafić i z nich skorzystać. Jak się okazało, prysznice nie posiadały kotary, co nie wzbudziło zachwytu wśród uczestników, szczególnie wśród ich żeńskiej części.

Dla wystawców został udostępniony korytarz od razu przy strefie akredytacji. Było tam nieco wąsko, dlatego, gdy momentami nagle zbierało się więcej ludzi, robiły się korki i przestoje. Same stoiska były różnorodne, jednak jak na konwent japoński było dość mało typowo mangowych rzeczy. Na pewno największe wrażenie robiło stoisko pełne Pusheenów każdej wielkości. W tym samym miejscu można było kupić pluszaki Szczerbatka - konwent odbył się tuż przed premierą Jak Wytresować Smoka 3, więc była to z pewnością dobra decyzja dla stoiska. Kolejny stragan, który przykuł moją uwagę, to miejsce, gdzie dało się kupić rzeczy z Gintamy - figurki, breloczki i maskę do spania Sougo. Było dość dużo artystów, którzy sprzedawali swoją sztukę lub też fanarty, plakaty, kubki. Udało nam się znaleźć przepiękne naklejki z Gintokim oraz z Krzysztofem Krawczykiem. Obecny na Gakkonie był Artystyczny Krąg, który również miał swoje stoisko. Można było kupić u nich naklejki oraz wypróbować markery. Rzecz jasna, było tam również stoisko z mangami - wybór był dość spory, jednak nie znalazłam tam pudełka z mangami z drugiej ręki.

Kwestia wyżywienia mogła zostać zorganizowana znacznie lepiej. W strefie gastro była jak zawsze bubble tea oraz typowy konwentowy kącik z tostami, zupkami chińskimi i czajnikiem. Początkowo gorącą wodę dało się dostać jedynie na stoisku, ale jakiś czas później udostępniono go w luźniejszym miejscu, tak aby każdy miał do niego swobodny dostęp. W sobotę pojawiło się stoisko ze smażonym makaronem, jednak w niedzielę pozostały po nim tylko puste ławki. Niestety, ale Gakkon przypadał na niedzielę niehandlową. Ostatniego dnia konwentu, około 11 strefa gastro świeciła pustkami, a dostępne do jedzenia były jedynie zupki chińskie. Kto z konwentowiczów pamiętał, żeby się zaopatrzyć w jedzenie w pobliskiej Biedronce, raczej nie chodził głodny.

A jeśli już o jedzeniu mowa, nie mogę nie wspomnieć o My Hero Cafeteria, która była w sobotę od 12 do 20. Sam pomysł, by zrobić tematyczne miejsce, gdzie można coś zjeść, był świetny. Wszystkich obsługiwały osoby w cosplayach z Boku no Hero Academia. Cosplaye były naprawdę dobrze zrobione, dodatkowo wszyscy mieli na sobie fartuszki kelnerów, co jedynie dodawało uroku. Cafeteria mieściła się w jednej z sal lekcyjnych, z dala od zgiełku konwentowego. Gdy tylko szło się w jej stronę, czuło się zapach jedzenia, który wzbudzał nieczo mieszane odczucia. Kiedy pierwszy raz tam przyszłam około 13, sala była wypełniona po brzegi, a kolejka sięgała prawie drzwi. Nie zdecydowałam się wtedy na jedzenie tam - długi czas oczekiwania nie był dla nas kuszący. Zjawiłam się tak ponownie po 18. Sala była udekorowana rzeczami z My Hero Academia, a na tablicy napisano ceny za jedzenie. Przywitano mnie z uśmiechem i od razu poinformowano, że niektóre dania z menu nie są już dostępne. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, widząc wcześniejszą kolejkę. Zdecydowałam się na onigiri z tuńczykiem i ciasto czekoladowe z orzechami. Do zamówienia dodawano również naklejki z bohaterami, co było miłym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się cudów - byłam nastawiona, że jedzenie będzie średnie, w kierunku gorszego. Bardzo się myliłam. Onigiri było świetne, ciasto również. Obsługa była przemiła i bardzo się starała, co przynosiło naprawdę dobre efekty. Pod koniec naszej wizyty zapytano się, czy mi smakowało. Oczywiście odpowiedź był twierdząca. Chciałabym również zaznaczyć, że przygotowali się naprawdę dobrze. Menu było laminowane i na bieżąco wykreślali rzeczy, które już nie były dostępne. Na onigiri była naklejka z Toshinorim Yagi, która zespoliła folię, by ta się nie rozwinęła. Wyszłam stamtąd w naprawdę dobrym humorze. Mam nadzieję, że większość tematycznych konwentowych kafejek będzie miała taki poziom, jak ta na Gakkonie.

Czym byłby konwent bez atrakcji? Prawdopodobnie niczym, a na Gakkonie ich nie brakowało. Atrakcje nieprzerwanie trwały od 10 w sobotę do 15 w niedzielę. Myślę, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Rozstrzał tematyczny był naprawdę ogromny i dało się znaleźć prelekcje na temat fantasy, popkultury japońskiej i kpopu. Nie zabrakło również prelekcji na temat Gintamy, gdzie mówiłam o realnej historii Japonii, którą Goryl zawarł w swojej twórczości. Na panelu panowała dość luźna atmosfera dzięki uczestnikom. Jednak prelekcje to nie wszystko. Były obecne również inne formy spędzania czasu na konwencie, np. sala gdzie ciągle odbywała się gra w Mafię. Udało mi się nawet wziąć w niej udział, gdy byłam już zmęczone wieloma godzinami chodzenia po konwencie. Był to dość dobry sposób na chwilę odpoczynku i złapania trochę socjalu. Jednak to nie wszystko. DDR oraz gry na konsole zapewniły uczestnikom rozrywkę. No i oczywiście nie mogło zabraknąć Ultra Stara. Openingi i endingi z Gintamy również były obecne.

Konkurs Cosplay zazwyczaj jest główną atrakcją każdego konwentu i nie ukrywam, że podobnie było i tym razem. Odbywał się w małej sali gimnastycznej, gdzie potem był Walentynkowy Bal Cosplayowy. Sam konkurs przebiegł dość spokojnie, mimo jednej pomyłki przy prezentowaniu uczestników. Prowadząca z tego zabawnie wybrnęła i konkurs trwał w najlepsze. Dominowały scenki, uczestnicy postawili głównie na zabawę, by rozśmieszać publiczność. Po zaprezentowaniu się wszystkich uczestników była chwila przerwy na obrady jury. W tym czasie puścili muzykę i nawet kilku cosplayerów weszło na scenę i zaczęło tańczyć. Oczywiście inni konwentowicze poszli w ich ślady i dało się zauważyć małe tańczące grupki.

Ogólna atmosfera była dość przyjazna, chociaż czasami konwent wydawał się pusty. Może to była wina dość rozległego budynku i dużej ilości sal prelekcyjnych. Jednak gdy już się trafiło na większe zgromadzenie ludzi, zawsze się coś działo. Od sesji zdjęciowych po zabawy np. tańczenie belgijki.

~Madao

Powrót do relacji