Relacja - Kawaii Time 2018

Powrót do relacji
image

„Małe jest piękne” – takimi słowami podsumowałabym Kawaii Time. I w tym momencie właściwie mogłabym zakończyć tę relację, mimo że dopiero ją zaczęłam. O wiele łatwiej jest wylewać żale i mieć ból dupy o wszystko niż pochwalić czyjąś pracę. Ale postaram się.

Zawsze gdy słyszę pytanie, o której przyjechać na konwent, macham ręką i powiedziawszy jedno słowo: „Kolejkon”, dramatycznie zawieszam głos. Jakie było moje zdziwienie, gdy dzwoniąc do siostry, by wybadać, jak tam się stoi przed szkołą, usłyszałam, że już dawno jest w środku i mam się pośpieszyć. Sama akredytacja również przebiegła bardzo sprawnie i oprócz praktycznego identa w formie zakładki do książki, każdy z nas otrzymał rozpiskę atrakcji. W tym momencie mogę mieć małe zastrzeżenie, ponieważ czasami tabelka była ciężka w rozszyfrowaniu – kolumna z godzinami powinna się pojawić również na drugim końcu rozpiski.

Rozłożyliśmy się w sleepie i ruszyliśmy na podbój atrakcji. I tutaj przyznaję, było w czym wybierać. Od tematów związanych z fandomem (można się było na przykład dowiedzieć, jak trudne jest życie admina Cosplay Polska) przez panele o anime, mandze i kpopie po te związane z fantastyką czy komiksem. Można śmiało powiedzieć, że każdy znalazł coś dla siebie. A w przerwach między atrakcjami na uczestników czekały planszówki, konsole, Ultra Star czy „Andrzej Duda nam się udał” na DDR.

Już tradycją jest, że panel prowadzony przez naszą ekipę nazywa się „Gintama to życie, Gintama to miłość”, ale tym razem została przełama klątwa, która prześladowała mnie od dłuższego czasu. Do tej pory zawsze mówiłam o Gintamie albo na sam początek lub koniec konwentu, albo w niedzielę rano. Teraz natomiast spotkałam się z fanami Sorachiego o 17:30 w sobotę. Dziękuję wszystkim za przybycie i mam nadzieję, że się podobało oraz że dowiedzieliście się czegoś ciekawego o naszej ulubionej serii.

Jeśli chodzi o wystawców, to jako łowca naklejek jestem w pełni usatysfakcjonowana. Również ci, którzy chceli uzupełnić swoją kolekcję mang, zakupić biżuteruę czy zamówić obrazek powinni być zadowoleni. Na duży plus zasługuje też konwentowa kawiarenka, bo tanie jedzenie to dobre jedzenie.

Co do konkursu cosplay – był, ale równie dobrze mogło go nie być. Chociaż mi, szczerze mówiąc, bardzo się podobał. Pięć występów, przy czym każdy strój był na wysokim poziomie, ogląda się o wiele lepiej niż dziesiątki prezentacji (tak, Xmascon, patrzę w twoją stronę). Całość psuje jedynie odczucie, że wyniki nie były do końca sprawiedliwe. Z pięciu uczestniczek, jedna otrzymała dwie nagrody. Nie mnie jednak to oceniać, być może na to zasługiwała.

Często mówiąc o jakimś konwencie pada zdanie: „social uratował wszystko”. Na Kawaii Time ten legendarny „social” wcale nie ratował wydarzenia. On po prostu był jego integralną częścią. Przez cały czas można było wyczuć tę przyjazną atmosferę i ludzie byli jakoś dziwnie dla siebie mili. Chciałabym, by było tak zawsze.

Takie małe konwenty mają specjalne miejsce w moim serduszku. Potrafią naładować pozytywną energią, a nie tylko wyssać z ciebie wszystkie siły, tak jak większe i bardziej zatłoczone imprezy. Naprawdę sobie odpoczęłam i zresetowałam mózg przed kolejną dawką egzaminów. Mam nadzieję, że to nie ostatnie moje spotkanie z Kawaii Time, a impreza na stałe zagości w konwentowym kalendarzu.

Powrót do relacji