Relacja - WCC Spring 2018

Powrót do relacji
image

W ostatni weekend, od 20 do 22 kwietnia, odbyła się III edycja Warsaw Comic Con. Jest to festiwal popkultury bardziej skierowany do fanów seriali oraz filmów, podczas którego można spotkać Gwiazdy Hollywood. Zważywszy na fakt, że Warszawę mam pod nosem, postanowiłam wybrać się jako uczestnik i przekonać się jakie atrakcje proponują organizatorzy. Festiwal miał miejsce w Nadarzynie, w halach należących do Ptak Warsaw Expo.

Pierwsza sprawa, z jaką się spotkałam podczas planowania wizyty, to darmowe autobusy. I nie, nie skorzystałam z tego typu transportu miejskiego. Zostałam przed nimi ostrzeżona. Już na edycji jesiennej 2017 roku pojawiły się w problemy. Autobusy jeździły bowiem dość rzadko, a powrotne potrafiły w ogóle się nie pojawić i ludzie czekali na zimnie. Ponoć w tym roku było już lepiej i nie słyszałam większych skarg. Wybrałam jednak transport własnym autem i na miejscu musiałam zapłacić 20 zł za parking. Tutaj moja wina, nie doczytałam na stronie organizatorów, że parking będzie płatny. Widziałam jednak samochody, które nagle potrafiły się wycofać i szukały innego miejsca.

Druga sprawa, kasy biletowe oraz same bilety. Od samego początku wiedziałam, że przyjadę tylko na sobotę i nie interesowałam się za bardzo samymi biletami. A tutaj organizatorzy zaszaleli. Tylu pakietów i opcji dawno nie widziałam. Pomijając bilety jednodniowe oraz typowe trzydniowe, mamy również do wyboru Silver, Gold, Platinum. Każdy z nich pozwala na otrzymanie limitowanych prezentów oraz „bezpłatne” autografy od Gwiazd. Dlaczego słowo bezpłatne wzięłam w cudzysłów? Pomimo kupna biletu na sam festiwal, każdy, kto był zainteresowany spotkaniem z Gwiazdą, musiał wykupić dodatkowy bilet. Oddzielny na autograf oraz oddzielny na zdjęcie. I jeszcze zrozumiałabym, jeżeli bilety byłyby w podobnej cenie. Ale okazało się, że jedna Gwiazda warta była 120 zł za autograf i 120 zł za zdjęcie, a druga gwiazda warta była tylko 60 zł. Przy zakupie biletów Gold oraz Platinum możliwość wzięcia autografu nagle stawała się „bezpłatna”. Tutaj jeszcze pojawił się pewien zgrzyt z edycji jesiennej. Przy większej ilość chętnych, okazywało się, że nawet mimo posiadania biletu na autograf/zdjęcie, można było się nie załapać, a organizatorzy nie zwracali pieniędzy. Ale uwaga, organizatorzy naprawili ten błąd. Przy zakupie biletów Silver, Gold lub Platinum, otrzymywało się pierwszeństwo przy spotkaniu z Gwiazdą! Mimo wysokich cen jest to główny punkt całego festiwalu i cieszy się sporym zainteresowaniem. Jeśli zaś chodzi o kasy i odbiór opasek, to uważam, że przebiegało całkiem sprawnie i już po chwili mogliśmy wejść do hali.

Trzecia sprawa, podział na hale. Uczestnicy mieli do dyspozycji dwie, duże hale Ptaka, E oraz F. W hali E odbywały się zawody gier komputerowych. Wybaczcie, nie moja bajka. Ludzie siedzieli przed komputerami, a inni krzyczeli i ich dopingowali. Niestety, w tym samym czasie odbywało się kilka turniejów, przez co panował straszliwy hałas i pogłos. Jak najszybciej stamtąd uciekłam i starałam się omijać z daleka. W jednym z kącików hali znajdowały się retro gry oraz stanowisko z okularami VR 3D. Do tego drugiego cały czas były spore kolejki. Hala F to natomiast raj na ziemi, czyli wystawcy, sklepiki, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Nie skłamię, jeżeli powiem, że spędziłam w środku większość czasu. Na szczęście wyznaczyłam sobie budżet i kupiłam jedynie kubek z Gintamy. W hali F znajdowały się również wystawy poświęcone Star Wars, Star Gate oraz Postapo. Można było również podejść do małej ekspozycji i zrobić sobie zdjęcie przy Peronie 9i3/4, usiąść na kanapie, nad którą świeciły wesoło lampeczki dopasowane do poszczególnych liter alfabetu, czy też potrzymać drzwi bo „Hold the door!”. Niestety, ekspozycje te były bardzo słabo oświetlone i schowane w najciemniejszym kącie. Między halami zaś, na świeżym powietrzu, stało pełno food trucków gdzie można było podładować baterię i chwilę odpocząć.

Czwarta sprawa, czyli ochrona oraz personel. I tutaj odwołam się do Pyrkonu, do którego często wracam myślami. Jak na typowym konwencie, można tam znaleźć jedynie wolontariuszy, pasjonatów tematu festiwalu, ludzi, do których w każdej chwili można podejść, porozmawiać, pośmiać się. Starają się oni pilnować porządku zarówno wśród uczestników, jak i na całym terenie. Na WCC mamy zaś „Facetów w czerni”, którzy chyba są, bo muszą i im za to płacą. Macanie torebek, patrzenie na uczestników jak na potencjalne zagrożenie. Miałam wrażenie, że zamiast na konwencie, jestem na spotkaniu z samym prezydentem. Do tego nigdzie nie widać było obsługi odpowiedzialnej za utrzymanie porządku. I tak, w sekcji gastro, już po chwili panował niewyobrażalny syf oraz burdel. Nie mówię, że na innych konwentach zawsze jest czysto, ale można było usiąść, czy przejść obok stołów bez wdepnięcia w rozlany napój, czy też wysypane jedzenie. Na WCC panował kompletny Armagedon.

Piąta sprawa, podczas tej edycji po raz pierwszy został udostępniony Sleep Room, za który trzeba było zapłacić dodatkowe 10 zł. Nie byłam na miejscu, ale wśród innych użytkowników słyszałam, że nie było tak źle. Miejsca dość szybko się zapełniły, ale można było znaleźć sobie jakiś kącik. Jako że same targi były zamykane koło godziny 20, tylko osoby z wykupionym noclegiem mogły pozostać na terenie Ptaka. Reszta musiała grzecznie rozejść się do swoich domów. Ciekawą atrakcją dla Sleepów były nocne seanse puszczane przez organizatorów.

Szósta sprawa, czyli to, po co przyjeżdża większość fanów, czyli cosplaye oraz konkurs cosplay. Tak jak można się było tego spodziewać, przeważały głównie postaci znane z seriali, filmów oraz gier. Jeśli chodzi o cosplaye o tematyce M&A, to zdecydowaną większością byli Narutowcy – widać ich było niemalże na każdym kroku. Co dziwne, widziałam tylko jednego Luffiego z One Pieca, a co jeszcze dziwniejsze, widziałam jedną postać w płaszczu kapitanów z Bleacha. Niestety, Gintama nie miała się czym pochwalić. Sam konkurs cosplay wypadł bardzo fajnie. Małe zastrzeżenia co do sceny przygotowanej przez organizatorów - znajdowała się tuż przy głównej alejce i dość szybko utworzył się większy zator, a ludzie musieli szukać innej drogi. Ponoć podczas edycji jesiennej było więcej miejsca, a w każdej chwili można było podejść i spokojnie obserwować. Mi osobiście najbardziej podobał się występ chłopaka, który był przebrany za przerażającego klauna Pennywise z horroru TO.

Krótkie podsumowanie: Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia z konwentami. Bywam głównie na Pyrkonie, oraz dwa razy odwiedziłam mniejsze konwenty w szkołach. Zawsze jednak czułam się „jak w domu”, panowała przyjemna atmosfera i miało się wrażenie, że organizatorzy robią konwent dla uczestników. WCC natomiast jest… hmm… festiwalem korporacyjnym. Wybaczcie, inaczej nie potrafię tego określić. Miałam wrażenie jakbym kupiła grę, gdzie okazuje się, że żeby przejść kolejne poziomy, muszę zapłacić. Do tego personel, który nijak nie pasował do klimatu miejsca. Gdyby nie sami ludzie, to pewnie szybko zwinęłabym się do domu. A tak było do kogo gębę otworzyć, z kim pogadać i z kim się pośmiać. Ogólnie nie było źle. Było po prostu dziwnie. Na kolejne edycje pewnie wpadnę, żeby popatrzeć czy WCC, według mnie, może konkurować m.in. z Pyrkonem. Wiem od innych uczestników, że z każdą edycją jest coraz lepiej i organizatorzy uczą się na własnych błędach. I tego właśnie im życzę, żeby stworzyli taki konwent, którym Warszawa będzie mogła się pochwalić.

Pozdrawiam, Katsura.

Powrót do relacji